
W zespole firmowym i na boisku liczy się jedność. Rozmowa z Sebastianem, Project Managerem w Metapack

Sebastian gra zespołowo zarówno na stanowisku Project Managera w Metapack, jak i po godzinach jako zawodnik zielonogórskiej drużyny amerykańskiego futbolu.
Wspieramy go w obu tych rolach. Czy bardzo się od siebie różnią? Jakie zawodowe i sportowe wyzwania stoją przed naszym pracownikiem? Przeczytaj rozmowę z Sebastianem.
Sebastianie, w Metapack zajmujesz stanowisko Project Managera. Opowiedz, na czym dokładnie polega Twoja praca.
Najkrócej mówiąc, na kierowaniu projektem, a dokładniej – na spinaniu wszystkich tematów, związanych z realizacją konkretnego projektu. Na początku dostaję informację o kliencie i co ma od nas dostać. Otrzymuję do tego zespół, a nasze zadanie polega po prostu na tym, żeby dowieźć konkretne rozwiązanie. Zaczynamy od ustalenia z klientem tematów, które są niejasne, następnie kontaktujemy się z kurierem i określamy zagadnienia, które trzeba dopiąć, czyli konkretne już elementy potrzebne do konfiguracji. Wszystkie ustalenia przekazujemy do naszego teamu i od tego momentu wchodzi już nasza wewnętrzna praca, komunikacja z zespołem i praca nad produktem.
Jak wygląda zarządzanie zespołem w Metapack? Zawsze masz pod sobą te same osoby czy jest to zmienne?
W Metapack zespoły są płynne. Dostajemy przypisanych, tak zwanych CI-ów, czyli osoby od Customer Implementation albo Carrier Implementation, w zależności od tego, kogo dotyczy konkretna platforma. Do tego ewentualnie łapię się z zespołami developerskimi. Przy czym to nie jest tak, że my odpowiadamy stricte za zespół, bardzo często są to tematy mocno rozsiane. Czyli idziemy do jednego zespołu, tam parkujemy jeden task, następnie idziemy do drugiego zespołu, zostawiamy kolejny task. My, jako Project Managerowie, musimy sobie to wszystko potem zebrać, poskładać, iść do trzeciej osoby, która to wszystko już zaimplementuje. Nasze zadanie polega głównie na tym, żeby wszystko razem pospinać i doprowadzić projekt do końca.
Co jest najtrudniejsze w takim rozproszonym zarządzaniu zadaniami, czyli – jak to nazwałeś – taskami? Bo z jednej strony, nie Ty jesteś odpowiedzialny za wykonanie konkretnych zadań, ale jesteś odpowiedzialny za całość.
Chyba najtrudniejsza jest nieustanna batalia o czas, bo jako Project Manager musisz bardzo często lawirować pomiędzy swoimi taskami, a zespół, który je realizuje, ma jeszcze taski od innych osób. I pojawia się pytanie, który jest w tej chwili ważniejszy. Dużą rolę odgrywa więc nasza wewnętrzna komunikacja, musimy sobie szybko tematy wyjaśniać, zdecydować, kto może wskoczyć, a kto ma bardziej pilące tematy, kto może inne zadania przez chwilę przetrzymać.
Do tego dochodzi klient, który też pewnie ma swoje trzy grosze do dodania…
Tak, to jest zawsze. Czasami klient przyjdzie i bez problemu przełknie pewne tematy, jeżeli na przykład trzeba coś zaparkować, wstrzymać, bo wynikły jakieś nieoczekiwane elementy, powiedzmy, ze względu na opóźnienia po stronie kuriera. Niekiedy klient potrafi z takimi tematami pomóc, stara się je wyeskalować, popchnąć po stronie kurierskiej czy też w drugą stronę – u nas. Jeśli jest potrzeba eskalacji, to albo uderza do nas i wtedy my już odpowiednio puszczamy problem po całej sieci metapackowej albo idą bezpośrednio do osoby nad nami, która się opiekuje całym portfolio, a my informujemy, jak sytuacja wygląda, co jest palące i wspólnie organizujemy prace.
Musisz więc panować nad wieloma tematami naraz. Powiedz w takim razie, gdzie pojawia się satysfakcja z tego, co robicie? Co powoduje, że ta praca sprawia Ci przyjemność?
Najbardziej chyba ten moment, kiedy widzisz, że wszystko ruszyło, że te paczuchy faktycznie przemykają. Nieważne, czy to jest dziesięć paczek na dzień u klienta, który akurat startuje czy dziesięć tysięcy na dobę u dużego gracza. Masz frajdę z tego, że to ruszyło i byłeś częścią tego procesu. Mimo trudności po drodze, wyzwań, na końcu wszystko się udało i to jest naprawdę fajne.
Wróćmy jeszcze na chwilę do Twoich początków w Metapacku. Jaka jest Twoja historia w firmie i jak przebiegała Twoja kariera do tej pory?
Do Metapack dołączyłem w 2020 roku w sierpniu, kiedy wybuchł COVID. Praca, w której byłem wcześniej, niestety zamarła. To była akurat firma transportowa, którą dopadły trudności związane z pandemią. Musiałem szukać innych opcji i akurat w Metapacku poszukiwali kogoś do prowadzenia projektów. Zgłosiłem się, przeszedłem przez tych kilka etapów, łącznie z rozmową z zespołem. To właśnie był jeden z ciekawszych i chyba najbardziej niestandardowych elementów, z jakimi się spotkałem podczas rekrutacji tutaj na rynku lokalnym.
Dlaczego?
Bardzo często jest tak, że przychodzisz na rozmowę, jest osoba z HR-ów, przechodzisz jeden etap, potem drugi, powiedzmy z przełożonym, a tu dochodzi jeszcze ten element, że masz okazję porozmawiać z całym zespołem. Możesz nie tylko sprawdzić, czy spełniasz wymagania firmy i swoich przyszłych przełożonych, ale też dowiedzieć się, czy pasujesz zespołu. Czy to, co oni mają do przekazania w jakiś sposób Cię zaskoczy i pokrywa się z tym, co do tej pory usłyszałeś w poprzednich etapach rozmów. Z drugiej strony zespół może też się przekonać, czy Ty im odpowiadasz. Pojawia się na przykład standardowe pytanie: sernik z rodzynkami czy bez (śmiech).
Mówiłeś o tym, że przyszedłeś do Metapack z firmy transportowej. Czy miałeś tam do czynienia z IT?
Tak. W mojej poprzedniej firmie pracowałem właśnie przy rozwiązaniach IT, wcześniej dziesięć lat spędziłem w firmie zajmującej się tworzeniem i rozwojem oprogramowania. Nie byłem więc całkowicie zielony, ale na pewno byłem żółtodziobem, jeśli chodzi o zagadnienia kurierskie. Człowiek nie zdaje sobie sprawy, jak wiele elementów wchodzi w grę przy wysyłce paczki. Dla Kowalskiego jest adres, waga, etykieta. Dla nas tych rzeczy jest tysiące. Na przykład, kiedy kurier Cię pyta nagle o jakieś zakresy numeracji czy mówi, że nie odpowiada mu barcode, bo odczytuje o dwie setne gorzej, niż się spodziewali. Albo że jakieś pliki nie dotarły i przez to nie można wysłać paczki. Tych kombinacji jest naprawdę mnóstwo.
Czyli wiedzy sporo do przyswojenia na początek, a do tego dołączyłeś do firmy w dobie pandemii, czyli w momencie, kiedy Metapackersi pracowali głównie zdalnie. Jak sobie z tym poradziłeś?
Faktycznie, ciężko było się przestawić z pracy biurowej na zdalną. To, czego najbardziej brakowało, to ten pierwszy kontakt biurko w biurko, żeby móc coś tam przegadać. Mimo to, szybko udało się złapać kontakt z całym zespołem. Radziliśmy sobie na różne sposoby, czy to przez Slacka czy przez Zooma. Nie było też tak, że zostałem zostawiony sam sobie, tylko faktycznie za każdym razem, kiedy pojawiły się wątpliwości czy pytania, mogłem spokojne wrócić do zespołu czy nawet pójść gdziekolwiek w Metapack i poprosić o pomoc. Bo to, co jest tutaj bardzo fajne i co mi się spodobało od początku, to to, że nie ma osoby, która Ci powie: sorry, nie mam czasu. Najwyżej usłyszysz: wiesz co, teraz nie dam rady, bo akurat lecę na spotkanie, wróćmy do tematu za jakąś godzinę, dwie. Albo dostaniesz namiar na inną osobę, która będzie w stanie pomóc. Nigdy nie jest tak, że pytania zostają bez odpowiedzi i potem masz dyskomfort, że czegoś nie można popchnąć dalej.
Tak, bo w Metapack działamy drużynowo, a Ty – jak wiemy – z drużynową grą masz do czynienia też po godzinach. Jesteś zawodnikiem zielonogórskiej Watahy. Czy dostrzegasz jakieś podobieństwa w pracy jako Project Manager z grą na boisku?
Ze wspólnych cech, na pewno wymieniłbym tę jedność na boisku. W futbolu każdy ma swoją pozycję, każdy musi znać dokładnie to, co robi, bo kolega obok niego ma inne zadanie, czy przekładając to na metapackowy język – inne taski (śmiech). Wie, że jeśli Ty zrobisz dwa kroki w lewo, to on w tym momencie musi zrobić krok w lewo i krok w prawo, kogoś przejąć. Jeśli nie ma tej świadomości i tej współpracy, będziemy sobie deptać po nogach i nic z tego nie wyjdzie. Tu jest bardzo podobnie.
Skąd pomysł na taki nietypowy i wymagający sport? Kiedy pojawiła się zajawka na amerykański futbol?
Początki wiązały się z mojej poprzednią pracą, to tam zostałem wciągnięty do drużyny. Na początku na zasadzie pomocy przy drużynie, do ogarniania tematów organizacyjnych, technicznych, jak szczegóły transmisji, rozwiązania technologiczne. Wtedy zaczęło się takie powolne poznawanie tego sportu. Zaczynając miałem całkowicie inne poglądy na jego temat. Nie rozumiałem, po co ci ludzie biegają, myślałem, że muszą wskakiwać w ten end zone z piłką, że tak się tylko te punkty zdobywa. Później się okazało, że to tak naprawdę przypomina wielką grę w szachy. Każda z tych figur waży, co prawda, po sto parę kilo. W tym sezonie jeden z naszych chłopaków waży 155 kg, a rekordzista w lidze pod 180 kg. Tak że to jest kawał chłopa do przesunięcia, tudzież kawał chłopa, który przesuwa innych (śmiech). I tak się zaczęło powolne poznawanie najpierw z zewnątrz, potem od wewnątrz. Uczestnictwo w treningach, trochę pomoc przy treningach i koniec końców powolne dążenie do pojawiania się na boisku.
Udało Ci się zwerbować kogoś z Metapacku do drużyny?
Jeszcze nie, ale okazało się, że parę twarzy gdzieś wcześniej przemknęło przez futbol, więc mamy dodatkowych kibiców. Zwerbować jeszcze póki co nikogo się nie udało, ale będziemy próbować, bo dlaczego by nie?
Masz więc kibiców wśród Metapackersów, być może też przyszłych członków drużyny, ale oprócz tego możesz też liczyć na wsparcie swojej sportowej pasji ze strony firmy, bo bierzesz udział w programie Metapack Active. Powiedz krótko, na czym on polega i w jaki sposób korzystasz z tego benefitu?
Dokładnie tak, to już drugi rok z rzędu, jak Metapack wspiera mnie w mojej sportowej pasji – i nie tylko mnie, bo spora grupa Metapackersów jest aktywna sportowo w różnych dziedzinach. Rzadko się zdarza, by firma tak mocno promowała aktywności fizyczne i hobby swoich pracowników, a tu dzięki programowi MetapackActive mamy naprawdę szeroki wachlarz udogodnień. Zaczynając od udostępniania aut firmowych do przejazdów na zawody, poprzez sportowe gadżety, aż po wsparcie finansowe, które pomaga nam pokryć część kosztów związanych z naszymi pasjami.
Jakie macie plany na ten sezon jako drużyna? Co chcecie osiągnąć? Bo wiemy, że też jest nowy trener, czy bardziej nowy-stary.
Tak, nowy-stary trener, czyli ten, z którym podjęliśmy współpracę już w 2020 roku. Wtedy przyleciał, ale chwilę później musieliśmy go odesłać z powrotem z racji pandemii. Od tamtej pory towarzyszył nam zdalnie, bo chcieliśmy pewne podstawy wdrożyć już wcześniej, wszystko przygotować na jego powrót. Natomiast dla nas wewnętrznie to jeszcze powrót w formule jedenastoosobowej. Te ostatnie lata w pandemii graliśmy w formule dziewięcioosobowej, czyli troszeczkę pomniejszonej. Wymiary boiska te same, zasady te same, tylko znika dwóch zawodników. Boisko się otwiera i gra staje się bardziej wymagająca. Teraz wróciliśmy do jedenastek, czyli tej pełnowymiarowej formy.
Jesteście jako Wataha w drugiej lidze. Jest plan awansu czy skupiacie się póki co na utrzymaniu pozycji?
Na razie mamy na celu utrzymanie i spokojne ogranie, bo mamy też troszeczkę nowych osób i zobaczymy jak to się skończy tak naprawdę. Nie stawiamy sobie celu, że koniecznie musimy wejść do play off-ów czy koniecznie musimy dojść do ćwierćfinału czy półfinału, bo jest jeszcze za wcześnie po powrocie. Faktycznie musimy trochę przestawić te tory, zaczynamy już myśleć powoli o tym, że trzeba zacząć rekrutować nowych zawodników. Przez dwa ostatnie lata szkoły i wszystkie ośrodki, gdzie można było próbować się reklamować, były zamknięte. Przychodziły oczywiście osoby na rekrutacje, ale to nie była ta ilość, której byśmy się spodziewali. A to jest tak, że do tego sportu trzeba się trochę przekonać. Nie każdy lubi grę w kontakcie, a nawet jeśli, to początki są zawsze ciężkie. Trzeba się przełamać, że można komuś, brzydko mówiąc, bezkarnie przywalić na boisku, że można też legalnie oberwać. Ale jak się przetrwa ten pierwszy kontakt, to gros osób się przełamuje i nagle widzi w tym naprawdę fajną zabawę. I tak naprawdę to jest fajna zabawa.