
Nie byłem przygotowany na to, co zobaczyłem. Relacja Dawida z służbowego wyjazdu do Indii

Dzięki rozwiązaniom chmurowym przeważającą większość naszych implementacji systemowych wykonujemy z biura. Od czasu do czasu pojawia się jednak potrzeba, żeby integracji dokonać na miejscu u klienta. W ten sposób Dawid, nasz Implementation Analyst, zyskał szansę na nietypową wycieczkę do Indii. Jakie przywozi wspomnienia?
W AUCTANE pracujemy, co prawda, międzynarodowo, ale czy spodziewałeś się, że będziesz miał okazję wyruszyć na inny kontynent?
Wyjazd był dla mnie zaskoczeniem, ale też wiązał się z dużą ekscytacją. Nie każdy ma możliwość odwiedzenia Indii, a mi taka wyprawa przypadła w udziale jako zadanie służbowe. Miałem do wykonania konkretne obowiązki, więc nie było czasu na dogłębne zwiedzanie, jednak miałem okazję poznać bliżej kulturę tego kraju, spróbować prawdziwego hinduskiego jedzenia, a nawet wziąć udział w hinduskiej uroczystości. Wszystko to było niezapomnianym doświadczeniem.
Powiedz nam, co dokładnie robiłeś tam na miejscu? Z jakimi zadaniami zostałeś wysłany?
Celem wyjazdu była pomoc przy otwarciu nowego magazynu. Nasz system odpowiada tam za integrację kurierów i drukowanie etykiet przy pakowaniu paczek. Indie są unikatowym i wymagającym rynkiem, więc do nadzorowania i pomocy zjechały się osoby z wielu działów i różnych stron świata. Pierwszy dzień był dość spokojny, dzień przed otwarciem zrobiliśmy obchód i sprawdziliśmy czy wszystko działa. Zabawa miała się zacząć dopiero we wtorek.
Jak poradziliście sobie z komunikacją, bo to musiało stanowić pewne wyzwanie?
Rzeczywiście, obawiałem się, że będzie to problem i że bariera językowa utrudni komunikację, ale na miejscu okazało się, że dogadywaliśmy się świetnie. Mimo szerokiej palety języków, jakie można było usłyszeć w części biurowej.
Powiedziałeś, że najwięcej zawodowych wyzwań przyniósł Ci drugi dzień, ale był to też dzień otwarcia magazynu i wspomnianej przez Ciebie uroczystości. Powiedz nam więcej o tym wydarzeniu.
To było bardzo nieoczekiwane. Spodziewałem się uroczystości przy otwarciu, ale nie byłem przygotowany na to, co zobaczę. Rano odbył się apel pełen przemów i podziękowań, po których wszyscy wyszli na zewnątrz i zaczęło się świętowanie. Była gra na bębnach, wszyscy zaczęli tańczyć. Kraj pochodzenia, stanowisko, wiek – nic nie miało znaczenia, wszyscy tańczyli razem i świętowali wkład, jaki każdy z nas włożył w ten projekt. Koledzy z Indii nauczyli nas nawet kilku tradycyjnych tańców. Po tańcach nastąpiła uroczystość przecinania wstęgi i weszliśmy do środka. Czekało na nas ciasto i lampka… soku jabłkowego.
Dopiero w tym momencie magazyn ruszył na dobre i mogliśmy uroczyście nadać pierwszą paczkę. Pewne nieznaczne problemy się pojawiły, głównie związane ze szlifowaniem procesów i wymianą informacji, ale nic nie zakłóciło startu i z każdym dniem proces nabierał tempa. Pod koniec mieliśmy prawie 20 tysięcy gotowych paczek.
Czyli pełen sukces. Duże gratulacje dla Ciebie i Twojego zespołu! Porozmawiajmy trochę o samych Indiach. Wspominałeś, że miałeś okazję spróbować ich kuchni. Jakie są Twoje wrażenia?
Indyjska kuchnia nie bez powodu jest znana ze swoich przypraw. Każde danie ma niesamowicie kompleksową i zróżnicowaną paletę aromatów, a fakt, że większość posiłków to zestaw kilku mniejszych dań sprawia, że człowiek może w nieskończoność eksperymentować i łączyć ze sobą poszczególne smaki i potrawy. Na papierze większość dań wygląda dosyć prosto – warzywa w sosie, mięso w sosie, zupa ze strączków itp., najczęściej podawane z ryżem bądź pieczywem, ale przy tak przytłaczającej różnorodności przypraw nie sposób zjeść dwa razy tego samego niezależnie od bazowych składników.
Spotkałem się z bardzo rozległą kuchnią wegetariańską. Dobre 80% dań, które jadłem, nie zwierały mięsa i w zupełności mi to nie przeszkadzało. Osobiście najbardziej pokochałem wszystkie dania z ciecierzycy – zupy, sosy, farsze. Do posiłków zazwyczaj piłem chai masala, czyli herbatę parzoną z mlekiem i korzennymi przyprawami. Tak, nawet herbata jest z przyprawami.
Co byś poradził osobom, które zwiedzają Indie i pierwszy raz zasiadają w restauracji?
Trzeba pamiętać, że wszystko domyślnie jest ostre. Jeżeli nie jest nigdzie napisane, że danie jest ostre, to można się spodziewać, że będzie nieznacznie piekło. Dania opisane jako Spicy albo Chili to dosłowne piekło. Na szczęście indyjska kuchnia ma to dobrze przemyślane i jest w niej bardzo dużo nabiału. Sosy jogurtowe, sery, kefiry, które łagodzą ostrość. Co ciekawe, większość nabiału pochodzi od krów, więc krowę można wydoić, ale już nie skrzywdzić.
Miałeś okazję zobaczyć taką „świętą krowę” albo inne zwierzęta, żyjące wolno w Indiach?
W Indiach jest multum dzikich i półdzikich zwierząt. Wyjeżdżając za miasto widziałem bardzo dużo dzikich psów i krów wałęsających się przy drogach. Psy są relatywnie niegroźne, a ludzie traktują je dosyć dobrze, często widziałem miski z wodą i jedzeniem wystawione przy domach dla pobliskich psów. Co do krów, to są one traktowane z należytym szacunkiem i nie można im zrobić nic szkodliwego. Z tego względu kiedy krowa zechciała się zdrzemnąć na środku drogi, musieliśmy zawracać i jechać okrężną drogą. W pobliżu lasów udało mi się zobaczyć małpy. Szły sobie bezceremonialnie chodnikiem i nikt nie miał z tym problemu.
Co jeszcze Cię zaskoczyło podczas Twojego pobytu w Indiach?
Ruch drogowy. Jest absurdalny i absolutnie nie do pojęcia dla ludzi z Europy. Wszelkie zasady ruchu można w tym wypadku nazwać bardziej wskazówkami, bo generalne zasady to: jechać naprzód i nie dać się zabić.
W Indiach nie ma podwójnej ciągłej, wszystkie linie są przerywane i ludzie bardzo liberalnie z tego korzystają. Wszyscy jeżdżą zygzakiem i próbują wyminąć absolutnie każdy pojazd wolniejszy od nich. Szerokość pasów jest umowna, bo na 4 pasach potrafi spokojnie jechać 6-7 samochodów, a jak trafią się motocykle czy riksze to nawet więcej. Wszyscy na siebie nawzajem trąbią, traktując to jako formę komunikacji. Chcesz kogoś wyprzedzić? Trąbisz. Chcesz skręcić? Trąbisz.
Na drodze trzeba być bardzo reaktywnym, bo nigdy nie wiesz, kiedy wpadniesz na przykład na stado 40 owiec, które ktoś prowadzi pasem jezdni, co wymusza ruch wahadłowy. Nawet zasady bezpieczeństwa są umowne, bo motocykliści w większości nie mają kasków, riksze są obładowane do 300% pojemności, a samochody wymijają się z odstępem maks. 30 cm.
Co najbardziej niesamowite, nie widziałem praktycznie żadnych wypadków. Mimo pozornego chaosu, ten reaktywny sposób jazdy działa i ludzie dają sobie radę.
Cieszymy się, że przede wszystkim Ty dałeś sobie radę tam na miejscu i że projekt zakończył się sukcesem. Życzymy Ci kolejnych wyzwań, również tych wyjazdowych. Dziękujemy za rozmowę.
Dziękuję.